Miesiąc: Luty 2017

Na początku lutego Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało kolejną nowelizację prawaskrócenie terminów przedawnienia długów, zmianę sposobu liczenia i przerywania ich biegu, dalszą ochronę praw dłużników. To już nie jest wrażenie, lecz po prostu fakt – coraz trudniej być wierzycielem, coraz więcej się od wierzycieli wymaga (wiedzy i pieniędzy), podczas gdy dłużnicy otrzymują od państwa coraz to nowe podarki (tu i tu). Dla niektórych zapowiada się kolejna gwiazdka.

Planowane zmiany zakładają m. in.:

  • skrócenie ogólnego terminu przedawnienia zobowiązań z 10 lat do lat 6,
  • skrócenie terminu przedawnienia prawomocnego wyroku sądu (tytułów egzekucyjnych) z 10 lat do lat 3 – o dotychczasowym stanie prawnym w tym zakresie pisałem tutaj,
  • badanie przez sąd przedawnienia roszczenia z urzędu, a nie na zarzut podniesiony przez dłużnika!
  • bieg przedawnienia ma się rozpoczynać nie od dnia wymagalności roszczenia, lecz od chwili, w której wierzyciel dowiedział się o roszczeniu i o osobie zobowiązanej do zapłaty – kończyć zaś zawsze z końcem roku kalendarzowego,
  • zawezwanie do próby ugodowej nie będzie powodowało przerwania biegu przedawnienia, a jedynie jego zawieszenie na czas postępowania pojednawczego i wydłużenie o 6 miesięcy od dnia zakończenia tego postępowania,
  • przekazanie przez bank komornikowi zajętych na rachunku pieniędzy dłużnika zostanie opóźnione o 14 dni, dając dłużnikowi czas na wniesienie ewentualnego sprzeciwu.

Nowelizacja planowo ma wejść w życie jeszcze w pierwszej połowie 2017 r.

Co to oznacza w praktyce? Że nie ma na co czekać i trzeba jak najszybciej kierować wszelkie roszczenia do sądu, a uzyskane wyroki przekuwać w tytuły wykonawcze (wyroki z klauzulą wykonalności) i wnosić do komornika. Nawet jeżeli nie posiadasz informacji o majątku dłużnika lub ukrywa on swój majątek, ale jest choćby łut szansy na to, że majątek taki istnieje – rozważ koniecznie próbę egzekucji, bo a nuż okaże się ona skuteczna. Może skarga pauliańska pomoże? A niedługo możesz nie mieć już szansy spróbować.

Wraz z informacją o planowanych zmianach w prawie w internecie pojawiły się komentarze publicystów, m. in. na stronie Rzeczypospolitej (tu i tu). Odnosząc się do zalinkowanych artykułów, wyrażone poglądy świadczą moim zdaniem o oderwaniu od rzeczywistości obrotu prawnego i braku odpowiedniej wiedzy na temat istoty prawa, choć przedstawiona w nich wizja jest nader korzystna dla dłużników.

Nie jest tak, że dłużnicy nie korzystają z zarzutu przedawnienia – chyba że mówimy o tych spośród nich, którzy nie dochowują minimalnych wymagań i nie aktualizują informacji o swoim adresie zamieszkania, nie podejmują korespondencji i generalnie bierni są wobec dochodzonych przeciwko nim roszczeń. Z własnej winy. Pozostali bowiem podnoszą zarzut przedawnienia często i gęsto, nie bacząc czy ma on jakiekolwiek podstawy, z tzw. „ostrożności procesowej”. Zarzut nic nie kosztuje i wbrew opiniom mediów dłużnicy bardzo dobrze wiedzą o jego istnieniu, nawet jeżeli nie do końca rozumieją jak działa.

Stwierdzenie, że dłużnik nie może bronić się przed roszczeniem, bo nagle pojawia się komornik a dłużnik dowiaduje się o jakimś stary wyroku – również wprowadza w błąd. Bowiem dłużnik choćby minimalnie interesujący się swoimi sprawami zawsze ma okazję do obrony przed roszczeniem. Po pierwsze dłużnik taki wie, że ma długi (bo sam je zaciągnął!). Po drugie, może się im przeciwstawić na drodze postępowania sądowego, jak i egzekucyjnego. Stąd wprowadzanie kolejnych terminów „zawieszenia” w toku egzekucji jedynie opóźni zaspokojenie wierzyciela i zaangażuje organy wymiaru sprawiedliwości w dodatkową pracę.

Badanie przedawnienia przez sąd z urzędu oznacza powrót do stanu prawnego sprzed 1 października 1990 r., do czasów które szczęśliwie odeszły. Na studiach uczono mnie o zobowiązaniach naturalnych – o koncepcji, według której przedawnione roszczenie nie przestaje istnieć, a jedynie traci możliwość skorzystania z przymusu państwowego w postaci pomocy właściwych organów w odzyskaniu długu. Dług przedawniony nie może być skutecznie dochodzony w sądzie, bo dłużnik może podnieść zarzut przedawnienia. Ale samo roszczenie istnieje w dalszym ciągu i jeżeli dłużnik zechce dobrowolnie oddać, co otrzymał, lub nie podniesie ww. zarzutu – to wierzyciel odzyska, co mu się należy. Czy upływ czasu wpływa na fakt, że ktoś pożyczył od kogoś pieniądze, nie ważne czy 200 zł czy 200 000 zł, i ich nie oddał? Czy rzeczywiście okres przedawnienia powoduje, że pieniądze te nie należą się wierzycielowi, a dłużnik uzyskuje do nich prawo? Upływ czasu sprawia, że dłużnik je „zarobił”, zapracował na nie? A gdzie pacta sunt servanda i zwykła ludzka przyzwoitość?

W końcu – nie jest tak, że wierzyciel zwleka z wszczęciem egzekucji i dochodzeniem swojej wierzytelności, bo „zapomniał”, albo miał lepsze rzeczy do roboty. Wierzyciel dochodzi sprawy w sądzie, ponosząc koszty sądowe i koszty wynagrodzeń prawników, po to, by odzyskać swój majątek. I jeżeli nie wszczyna egzekucji to tylko dlatego, że dłużnik nie posiada majątku lub też skutecznie majątek ukrywa. Wówczas tylko długi okres przedawnienia prawomocnego wyroku chociaż minimalnie zabezpiecza interesy wierzyciela, dając mu nadzieję, że może za kilka lat sytuacja dłużnika się poprawi i będzie mógł spłacić dług lub też dłużnikowi „powinie się noga” i na jaw wyjdzie jakiś cenny składnik jego majątku. To też presja dla dłużnika, żeby spłacił długi i mógł normalnie, legalnie pracować i funkcjonować. Skrócenie terminu przedawnienia i sposobu jego badania zachęca dłużnika do tego, by „przeczekać” i doczekać wolności finansowej, mimo że co wziął, to wziął…

Wierzyciele, którzy nie zorientują się na czas w zmianie prawa, mogą nawet nie zauważyć, że ich pieniądze, również te wydane na sprawę w sądzie i pomoc prawnika, przestały istnieć.

Egzekucja długów w Polsce może i przypomina Dziki Zachód, ale jest to Dziki Zachód napadów na dyliżanse i mieścin, w których nie ma szeryfa, a władzę sprawują kowboje-rabusie. Smutny to Dziki Zachód, zły.

Zapewne kojarzysz togi prawnicze, bo natknąć się na nie można nie tylko w sądzie, ale też skacząc po kanałach telewizji czy spotykając na ulicy spieszącego gdzieś na sprawę mecenasa. Ale czy wiesz, co oznaczają poszczególne kolory, jakie przedstawiciele zawodów prawniczych „noszą” zapięte pod szyją? Skąd się wzięły te specyficzne stroje? I kiedy tak właściwie prawnicy zakładają togi, bo przecież nie siedzą w nich chyba w swoich kancelariach ani nie noszą ich w domowym zaciszu? A może noszą?

Nie, nie noszą. A przynajmniej nie powinni 🙂 Toga jest bowiem przeznaczona wyłącznie na rozprawy sądowe i tylko w tych okolicznościach powinna być noszona (pomijając oficjalne wydarzenia z udziałem przedstawicieli samorządów zawodowych). Strój ten ma na celu pomóc w zachowaniu powagi na sali sądowej, czyni też zadość ustalonej tradycji i przypomina noszącym go osobom, że wykonują zawód zaufania publicznego i można oraz należy oczekiwać od nich profesjonalizmu. Zwłaszcza właściwego zachowania, także w życiu prywatnym, z togą powieszoną w szafie.

Ustawa o radcach prawnych mówi o „stroju urzędowym radców prawnych biorących udział w rozprawach sądowych”, a odpowiednie rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości precyzuje, że chodzi o togę, czyli o „suknię fałdzistą z lekkiego czarnego materiału wełnianego lub wełnopodobnego”, posiadającą liczne kontrafałdy, a przy kołnierzu wszyty żabot z ciemnoniebieskiego jedwabiu. Kolor żabotu oznacza przynależność do poszczególnych profesji prawniczych. Radcowie prawni noszą się na niebiesko, adwokaci na zielono, sędziowie na fioletowo (z wyjątkiem sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy mają żaboty w barwach narodowych, biało-czerwone), a prokuratorzy na czerwono. Od czasu do czasu spotkać się można również z kolorem błękitnoszarym – posługują się nim profesjonalni pełnomocnicy reprezentujący interesy państwa – radcowie Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej.

A skąd toga w ogóle się wzięła? Pierwsze wzmianki o togach na terenie naszego kraju wskazują na adwokatów z Galicji, którzy na początku XX wieku wywołali nie lada zamieszanie swoim pomysłem, by do sądów zakładać te specyficzne stroje. Pozwolono im na to, jednak zwyczaj ten nie przyjął się w innych regionach. Do czasu. Albowiem w 1929 r. do praktyki polskiego wymiaru sprawiedliwości wprowadzono togi sędziowskie, prokuratorskie i adwokackie. I zaczęło się na dobre. W międzyczasie zanikł adwokacki biret (zakładany w okresie międzywojennym w czasie mowy obrończej adwokata), a przedstawiciele palestry zastąpili swój pierwotny czarny kolor żabotu współczesną zielenią. Pojawił się też zawód radcy prawnego (o którym szerzej pisałem tutaj) i jego własna radcowska toga.

Dzień, w którym po raz pierwszy założyłem togę i złożyłem ślubowanie radcowskie był dniem wyjątkowym. Zwieńczeniem długiej edukacji i wielu poświęceń, by móc rzetelnie i z ogromną satysfakcją wykonywać wymarzony sobie zawód. Choć nigdy nie przypuszczałem, że przyjdzie mi kiedyś nosić suknię, choćby i fałdzistą 😉

I tylko jedno pytanie nie daje mi spokoju… jak tę suknię porządnie złożyć?

Wspaniałego tygodnia Ci życzę!